Ci Cin kulturalnie…

Serwus rodacy, dżdżysty artystycznie czas dla mnie nastał, o czym chciałbym wam napisać. Studiując zaocznie i pracując „pełnowymiarowo” czasem trudno sobie pozwolić na odrobinę kultury, mam na myśli teatr, koncert czy kino. Całkiem niedawno okazało się, że to jednak nieprawda, a mianowicie:

Początek szaleństwa rozpoczął się od dnia, w którym dostałem maila od Polskiego Radia z informacją następującej treści „Gratulujemy – wygrał Pan podwójną wejściówkę na koncert T.Love i Kryzys (support Komety) bilety do odebrania przy wejściu na koncert”, rekcja moja była naturalnie entuzjastyczna. Prawdę mówiąc, gdy coś uda mi się wygrać, a nie zdarza się to często, wydaje mi się, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dziś wiem, że byłbym szczęśliwszy gdyby okazało się, że pokojowa nagroda Nobla dla B. Obamy to był żart. Wracając do biletów i radości. Cieszyłem się niesamowicie przede wszystkim, że będę na koncercie zespołów z mojego prywatnego TOP 10. Do fascynacji Kometami doprowadził mnie romans z Partią, czyli pierwszym wydającym nagrania projektem Lesława, który w Partii jak i Kometach oddaje swój wyjątkowo akcentowany wokal, oraz pomysłowe i  przemyślane teksty – jeśli chodzi o szczegóły twórczości Komet to polecam wywiad z Lesławem przeprowadzony przez naszego podwórkowego kolegę Bartosza Chmielewskiego, a znaleźć go można na stronie Komet (www.komety.com). Komety, jako mój faworyt tego wieczoru zagrały za szybko i za krótko, ale za to bardzo namiętnie. Drugie miejsce na liście oczekiwanych przypadło Kryzysowi, gdyż z tą załogą również miałem przyjemność się spotkać na żywo po raz pierwszy i warto było, choć zacząłem żałować, że wcześniej nie miałem tej przyjemności, ponieważ po Robercie Brylewskim było widać, że czas jego świetności już minął albo właśnie mija. Nie przeszkadzało mi to jednak w tym, by bawić się świetnie, choć z dozą sentymentu – czułem się jakbym przeniósł się w czasy bohaterów książki Mikołaja Lizuta „PRL – Punk Rock Later” (którą notabene serdecznie polecam, a po drugie notabene jednym z jej bohaterów jest właśnie Robert Brylewski). Z „bananem na gębie” słuchałem mistrza, bo nikt tak jak on nie zaśpiewa „Oto święty szczyt” czy „To co czujesz to co wiesz”. A do tego całego sosu z Komet i Kryzysu dorzucam jeszcze T.Love. Ponieważ bywałem to tu to tam na koncertach T.Love wydawało mi się, że wiem czego mogę się spodziewać po załodze Zygmunta Staszczyka, a jednak zostałem zaskoczony. T.Love sieknął mi po uszach starymi przebojami, takimi które wcześniej znałem tylko z kaset magnetofonowych, które potajemnie i bezzwrotnie zabierałem starszym koleżankom i kolegom. Świeższe utwory T.Love zdawały się nieść ze sobą nową, jakość. Kto wie może Sidney na swoim Burgmanie (królu skuterów) odkrył nowe horyzonty w krainie rytmiki. Po koncercie chciało się krzyczeć 3xTAK.

Następny koncert, który zwiastował ciąg dalszy szaleństwa był jednym z tych koncertów, których się nie zapomina do końca życia. Bo dobry koncert musi mieć przede wszystkim trzy elementy:  1. Dobry klimat (w moim przypadku kameralny), 2. Dobre nagłośnienie i 3. Najważniejszy -zaangażowanych muzyków. Do takich koncertów możemy zaliczyć koncerty Orkiestry Na Zdrowie z Jackiem Kleyffem na czele. Koncert na którym miałem przyjemność przybyć dzięki dobrym ludziom odbył się w Centralnym Basenie Artystycznym – miejscu równie pozytywnie specyficznym jak i Jacek Kleyff z kompanami, a mianowicie Jerzym „Słomą” Słomińskim, Danielem Słomińskim i Sebastianem Pikulą. Cały zespół muzycznie jest alternatywnie awangardowy (jeśli można tak powiedzieć), Jacek Kleyff sprawiał wrażenie jakby jeszcze przed chwilą przechadzał w cieniu bieszczadzkich buków, a z kolei Słoma przez tzw. „naturalny ruch sceniczny”, został przeze mnie mianowany perkusyjnym Johnem Lenonem XXI w. Po kilku chwilach nie przeciągających się wcale, bo w takich miejscach ja Centralny Basen Artystyczny czas nie mija, Jacek dał znak i Orkiestra zagrała. Na początku piosenki bardziej folkowo-bluesowe, a im dalej w las tym więcej elementów reggae i punk rockowych, z każdą chwilą coraz dynamiczniej i namiętniej. Oczywiście dzikie pląsy fanów ONZ i Jacka zaczęły się już po pierwszej nucie (Ja dzielnie i odważnie przyłączyłem się na bis). Od września 2009 r. do kupienia jest świetna płyta „Jacek Kleyff w Orkiestrze Na Zdrowie – Znaki”, polecam. Więcej szczegółów oraz informacji na temat ONZ i Jacka Kleyffa możecie znaleźć na stronie http://www.kleyff.pl. Natomiast na stronie Programu 3 Polskiego Radia możecie znaleźć wywiad Piotra Barona z Jackiem zrealizowany w październiku podczas audycji „Tu Baron”.

Po koncertach spadła na mnie nie wiadomo skąd wielka chęć na spektakl. I tak trafiłem do klubu Powiększenie na ul. Nowy Świat 17 (po lewej stronie idąc od ronda De Gaula). Klub kameralny więc czułem się swojsko i swobodnie, bar minąłem prawą stroną, następnie schodami w dół i trafiłem do Sali, w której już prawie wszystkie miejsca były zajęte, zaraz po opłaceniu biletowego wskoczyłem na jedną z ostatnich wolnych miejscówek i czekałem na start „Taksówki” bo taki tytuł nosi spektakl grupy teatralnej Koło. Zaraz po fabule spektaklu najważniejszym jego elementem jest scenografia, a mianowicie taksówka, przepraszam – szkielet taksówki, ale z działającym radiem. Taksówkarz spotyka tego dnia rozmaitych pasażerów – wymęczonych pracowników korporacji, wyjeżdżających do rodzin, zblazowanych emigrantów zza oceanu, powracających na święta do ojczyzny, emerytów pędzących na ostatnie świąteczne promocje w supermarkecie, świętego Mikołaja w drodze na kolejne zlecenie, ludzi zagubionych, smutnych, szczęśliwych, szalonych i nieobliczalnych. Cierpliwie słucha ich historii. W tle migają światła wielkiego miasta, kolorowa stolica, neony i dekoracje, tłumy, które przepływają tuż obok. Jego jedynym towarzyszem jest głos radiowego didżeja, grającego świąteczne standardy. Scenariusz i reżyseria: Igor Gorzkowski, występują: Anna Sroka, Sławomir Grzymkowski, Bartosz Mazur, Wiktor Korzeniewski (www.studiokolo.com). Rewelacyjny spektakl – uśmiałem się, wzruszyłem, a nawet momentami byłem zszokowany. Teraz już  wiem, że następne święta nie będą dla mnie już takie same. Jak będziecie mieli okazje, gdziekolwiek, kiedykolwiek, polecam bo naprawdę warto.

Szaleństwo zakończyło się na „Białej Wstążce” w kinie Muranów. Po tym seansie mam dwa nowe motta 1. Jeśli do kina to do Muranowa, 2. Nie ma nic bardziej psychodelicznego od czarno-białego filmu niemieckiego. A oto recenzja filmu – Reżyser Michael Haneke, twórca takich filmów jak „Pianistka” i „Ukryte”, tym razem przygląda się społeczności niemieckiej tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

Biała Wstążka

Biała Wstążka

Akcja filmu „Biała wstążka” została osadzona w małej protestanckiej miejscowości na północy Niemiec. W latach 1913-1914 spokojne życie mieszkańców zostaje zakłócone przez serię dziwnych zdarzeń. Wydają się być one karą wymierzoną lokalnej społeczności i okazują się być związane z powszechnie przyjętym surowym modelem wychowania. Haneke pokazuje rzeczywistość z punktu widzenia uczniów jednej ze szkół, których rodzice poprzez dobre maniery i wypełnianie obowiązków religijnych dążą do ideału (jego symbolem jest tytułowa biała wstążka). Ich działania są jednak często podszyte zdradą, zakłamaniem, nienawiścią i wykańczaniem psychicznym.

A na koniec wpadła w moje ręce świeża płyta Daniela Gałązki Z Zespołem – „Dotykam Dachów”. Zasłuchałem się w niej na zabój, nie wiedziałem, że poezja śpiewana jeszcze na mnie działa do tego stopnia, że aż odświeżyłem sobie kilka archiwalnych audycji „gitarą i piórem” z Programu 3 Polskiego Radia.

Daniel Gałązka z zespołem - Dotykam Dachow

Daniel Gałązka z zespołem - Dotykam Dachow

Choć czar pierwszej płyty DGZZ na chwilę przyćmiła moja nowa zdobycz, na pewno jeszcze nie raz do nie wrócę, a teraz moja nowa wielka zdobycz – 4 płytowe wydawnictwo pt. „Miles Davis – In person friday and saturday nights at blackhowk, complete” czyli ponad dwie godziny mistrza trąbki, mistrza jazzowej trąbki w towarzystwie Wyntona Kellyego na pianinie, Jimmyego Cobba na perkusji, Hanka Bobleya na saksofonie tenorowym i Paula Chambersa na gitarze basowej. Polecam serdecznie, bo przecież oprócz kawy do życia potrzebny jest jeszcze dobry Jazz. Jeśli macie dla mnie propozycje dobrej sztuki, dobrej muzyki, dobrej czekolady lub czegokolwiek dobrego napiszcie mi na maila: ci_cin@op.pl, może w ten sposób czegoś nie przegapię. Życzę powodzenia i pozdrawiam.

Ci Cin.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: